Nasi partnerzy

  • Instal-mont
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • Autokompleks
  • image
  • image
  • image

Fotoreportaże

  • Projekt
  • Zajęcia czytelnicze o książkach i wyobraźni z dziećmi z PSP Czchów w Miejskiej Bibliotece Publicznej
  • Uroczyste podsumowanie osiągnięć czchowskiego Koła Gołębiarzy - fot. red. J.Dębiec
  • Powołanie Koła Caritas w Przedszkolu w Jurkowie - fot. J.Dębiec
  • Święto Odzyskania Niepodległości w Czchowie - fot. J.Dębiec
  • Archiwum

Artykuły

PRZED „KOŃCEM ŚWIATA”

Administrator.

PRZED „KOŃCEM ŚWIATA”

Zbliża się świąteczny czas i za chwilę koniec roku, jeśli przepowiednie, wieszczące jakoby 21 grudnia miał się stać koniec świata - się nie spełnią. A pewnie się nie spełnią, bo w Piśmie powiedziano „…nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25, 13), wciąż o tym zapominamy. Jakkolwiek, nadchodzi czas refleksji. Obserwujemy od kilku lat z niepokojem otaczającą rzeczywistość. Nie ma chyba wiadomości, które przekazywałyby dobre informacje z kraju. A to po raz tysięczny wałkowana katastrofa smoleńska, oskarżenia, pyskówki, a to kryzys, zwolnienia, zamykanie firm, jedna grupa polityczna szczuje na drugą, naszą wolność i demokrację zastąpił jakiś skarłowaciały twór o socjalistycznych zapędach, o przerośniętym mniemaniu o sobie, z szabelką, którą wymachuje w niebezpiecznie nieobliczalnych kierunkach, dzieląc coraz bardziej Polaków w Polsce na prawdziwych i resztę, nie mającą prawa do wyrażania swoich poglądów, ani myślenia innego, niż przyjęte jako jedynie właściwe. Liberalizm nabrał jakichś negatywnych konotacji, kierunek polityczny, według którego wolność jest nadrzędną wartością, wolność, o którą walczyły pokolenia, której brak tak bardzo odbierał nam człowieczeństwo w czasach komuny, to dążenie do wolności, indywidualizmu, jest teraz określane jako szkodliwe dla Polski, oddalające od tradycji i historii, pozwalające na za wiele, dopuszczające tolerancję, inne religie, inne kultury… za wiele wolności.

Nie dostrzegamy człowieka obok siebie, życia jako wartości, chyba poza wyjątkami, gdy ciężka choroba, lub inne sytuacje traumatyczne, przeczołgają nas po ziemi, wówczas pokorniejemy i zaczynamy szanować to, co mamy – na chwilę.

Czego trzeba, żebyśmy poczuli się w Polsce zjednoczeni, wartościowi i naprawdę wolni. Nieraz zachowujemy się jak despotyczni rodzice, którzy uważają że znają swoje dzieci na wskroś, bo je karmili i wychowywali od urodzenia, wiedzą wszystko o ich poglądach, celach w życiu, myślach, nawet snach. Okazuje się, że nie znali przekonań swoich dzieci, bo one kształtują się nie tylko w domu, ucieka nam proces socjalizacji tzw. wtórnej, na którego kierunek ma wpływ szkoła, praca, inne środowiska, w których obraca się już dorosły człowiek. A my stanęliśmy w miejscu i nadal myślimy, że znamy nasze dziecko i mało tego, mamy jakieś prawo decydować za nie, co jest dla niego dobre, a co złe, dokonywać wyborów, oceniać. Jak mało rodziców dostrzega w swoim dziecku innego człowieka, ukształtowanego przez jego własne doświadczenia życiowe, porażki i sukcesy, przez ludzi, których spotyka, autorytety, które mają wpływ na późniejszy jego światopogląd, człowieka, który ma swoje cele, swoje życie i swoje myślenie.

Tak jest z Polską, to kraj, który jest pełen mądrych, uczciwych i wartościowych ludzi, ale każdy potrzebuje wolności, akceptacji społecznej, zaspokajania potrzeb życiowych. Ludzie ze swoimi indywidualnymi zdolnościami, możliwościami, doświadczeniem, umiejętnościami, osobowościami – stanowimy ogromny potencjał tego państwa. Modny teraz Kapitał Ludzki. Polacy mieli długo jeszcze cenną cechę – adaptacji w każdej sytuacji. Wszędzie umieli się dostosować, piszę „długo”, bo teraz zaczynamy świrować. Jesteśmy butnym narodem, tak trochę po góralsku i fajnie, są kraje, gdzie mieszkańcy są jak przysłowiowe flaki z olejem, my nie, zawsze narzekaliśmy, ale sobie radziliśmy.

Podczas II wojny światowej jedni walczyli i umierali za Ojczyznę, inni kolaborowali z wrogiem dorabiając się majątku. Po wojnie w znienawidzonej komunie, jedni narzekali, spiskowali, a drudzy dochodzili do najwyższych stanowisk, byli cinkciarzami, czy trudnili się zawsze dochodowym handelkiem i żyli jak u Pana Boga za piecem.

Mamy wolną Polskę, znów nie bardzo się garniemy do odpowiedzialności politycznej, ale notorycznie krytykujemy rządzących, oskarżamy własną władzę o spiskowanie i obławianie się na swoim narodzie, o zdradę kraju na arenie międzynarodowej, za wolność bez kontroli, czego my nie krytykujemy…

Zawsze jednak są i Ci, co wykorzystują sytuację, dziś choćby do zdobywania i utrzymywania władzy. Realizują swoje indywidualne interesy pod przykrywką walki o sprawiedliwość i godność społeczną. To jakiś paradoks, walczyć z krzywdą i niesprawiedliwością, krzywdząc, atakując, oskarżając i szczując ludzi na siebie. Upominać się o pokrzywdzonych i najuboższych jednocześnie wyciągając do nich rękę po datki na swoje cele, nie darowując nic z zamian, poza poczuciem jedności i solidarności.

Polacy…

Taka potęga… tyle możliwości, tak piękny kraj… tak bogate dziedzictwo kulturowe i historyczne… tylu zdolnych, wielkich ludzi…

Przypomina mi się oglądany ostatnio świetny polski serial „Czas honoru”. Tacy jesteśmy – rodzinni, odważni, niezłomni, niemal heroiczni, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, honorowi i gotowi do największych poświęceń, kochamy na zabój, ale i kombinujemy po swojemu zawsze, gdy tylko nadarzy się okazja. Dumni i wartościowi Polacy, walczący o Wolną Polskę. Polecam, jeden z najlepszych polskich seriali historycznych ostatnich lat, w świetnej obsadzie aktorskiej.

            Zbliżają się święta, bądźmy szczęśliwi, dumni z tego, że jesteśmy Polakami, że możemy świętować rodzinnie, śpiewać kolędy, łamać się opłatkiem. Idziemy do spowiedzi, jednamy się z Bogiem, czy spełniamy chrześcijański obowiązek, a może idziemy, bo wszyscy tak robią, bo tak zostaliśmy wychowani, a może żeby mieć z głowy, nieważne - trochę się wówczas zatrzymajmy i popatrzmy na swoje życie. Zawsze sobie powtarzam gdzieś usłyszane mądre słowa: żyj tak, jakby każdy kolejny dzień miał być Twoim ostatnim… może tak? A może dobrze, że co jakiś czas pojawiają się przepowiednie końca świata, wzywając do opamiętania? Albo już się na nie uodporniliśmy, bo już o kilku słyszeliśmy i nic. Lubimy być jednak zachowawczy, więc w razie czego pójdziemy się wyspowiadać. Poraża logika naszych czasów, wierzymy też jakby wybiórczo, jak nam wygodnie… Jednak nie jest to wina „liberałów”, laicyzacji, wszechogarniającej katolicki świat, złowrogiej nowoczesności, szatana, nie, nie doszukiwałabym się tak daleko idących zależności, to znak naszych czasów, którego nie odwrócimy ani siłą, ani perswazją, zmienia się świat, rośnie świadomość społeczna i ewoluuje pozycja kościoła w życiu społecznym. Chodzi o to, by to dostrzec i próbować zrozumieć, bo wyparcie zmian nic nie zmieni.

Ale mamy święta, Boże Narodzenie jest jednym z piękniejszych, rodzinnych świąt w polskim kalendarzu. Dają nam one wiele radości, zostawmy więc na ten czas spory, szczególnie poglądowe i polityczne za drzwiami, zapomnijmy na chwilę o swoich racjach, po latach nie wspomina się dyskusji politycznych, ale osoby obecne przy stole wigilijnym, wspólne kolędowanie, prezenty, czyjeś wzruszenie, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. To są ważne sprawy. O to zadbajmy. Nawet jeśli jest bardzo skromnie, ciężko, gdy się jest w otoczeniu bliskich osób słyszy się ciepłe słowa, szczere życzenia - wraca nadzieja i nowe siły.

Właśnie - szczere życzenia… jedna prośba, nie składajmy życzeń na siłę, nie, jeśli miałyby być nieszczere.

Nowy Rok też nie nastraja pozytywnie. Kryzys daje się we znaki i z wyższymi płatnościami oraz wzrastającymi cenami towarów i usług borykamy się już od co najmniej kilku ostatnich miesięcy. Postarajmy się jednak z nadzieją spojrzeć na kolejny rok, niech przyniesie spokój, dobre wydarzenia, może nowe możliwości i wyzwania, na pewno coś nowego, a to, jak będzie, pamiętajmy - zależy w dużej mierze od nas.

 

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia składam Czytelnikom Czasu Czchowa najlepsze życzenia świąteczne

 

Wesołych Świąt!
Bez zmartwień,
z barszczem, z grzybami, z karpiem,
z gościem, co niesie szczęście!
Czeka nań przecież miejsce.
Wesołych Świąt!
A w Święta,
niech się snuje kolęda.
I gałązki świerkowe
niech Wam pachną na zdrowie.
Wesołych Świąt!
A z Gwiazdką -
pod świeczek łuną jasną,
życzcie sobie - najwięcej:
zwykłego, ludzkiego szczęścia

 

Red. Joanna Dębiec

Publikacja w: Czas Czchowa nr grudzień 2012

DZIEJE NIECZECHOWA NAD BRUDAJCEM – CZĘŚĆ 3 - publikacja CZCZ nr gru

Administrator.

Wielkie zwycięstwo księcia Markusa w Bitwie nad Urnami


Kolejne dwanaście miesięcy minęło od grudnia Onego roku w Księstwie Nieczechowskim nad rzeką Brudajec. Za-li pamiętacie na czym stanęło w poprzednim odcinku naszej bajki ? Przypomnę zatem, że zastępy księcia Markusa i Księcia bez Ziemi szykowały się do ostatecznej bitwy o władzę w Księstwie. Już Onego czasu pełną parą pracowały zbrojownie: Patriot i Strzelanie Księcia bez Ziemi oraz Piastowskie Stalowe Lemiesze księcia Markusa, produkując nowoczesne miecze i sztylety o wielkiej mocy rażenia przeciwnika. Księstwo szykowało się do ostatecznej bitwy pomiędzy wojskami obu zwaśnionych i szczerze nie przepadających za sobą władców, z których jeden władzę miał ale stracił, a drugi mając władzę stracić jej nie miał zamiaru. Choć ostateczna bitwa wisiała w powietrzu jak ulewny deszcz przed mającą się rozpętać gwałtowną burzą, to życie z pozoru toczyło się leniwie. Kupcy zjeżdżali do Księstwa w interesach, chwaląc tutejszy spokojny, bez tłoku i pośpiechu sposób robienia interesów. Kuracjusze w lecie przybywali w celach zdrowotnych zażyć kąpieli w błotnistych wodach Brudajca lub poleniuchować na żwirowej plaży Jurkorwacji, czy też zregenerować nadwątlone zdrowie w sanatorium „Łaziszcze”. Książę Markus udał się z poselstwem do Cesarza w celu przygotowania ogólnocesarskiego jubileuszu twórcy Cesarstwa Piastów, legendarnego i mitycznego twórcy potęgi państwa Piastowskiego – cesarza Kasjusza Największego. Lechiusz przyjął życzliwie poselstwa księstw historycznie związanych z osobą cesarza Kasjusza, obiecując honorowe wstawiennictwo dla wszechcesarskich uroczystości. Sam cesarz Lechiusz wyprawiał się właśnie w podróż do Syberiandii, by oddać cześć rycerzom bezbronnym, którzy podczas Wielkiej Wojny Narodów zostali skrytobójczo zabici siedem dekad wcześniej przez władców Syberiandii.  W kilka tygodni po tym podczas wyprawy do Syberiandii cesarz Lechiusz wraz z blisko stuosobowym orszakiem poniósł śmierć nagłą i tragiczną na Niegościnnej Ziemi. W cesarstwie nastała żałoba i wnet po tym tragicznym zdarzeniu rozpisano elekcję cesarską. O tron cesarstwa ubiegał się brat tragicznie zmarłego cesarza arcyksiążę Kaczysław i baron Bron – Komarnicki. Dziwna to była elekcja, bowiem Kaczysław na wiecach udawał Komarnickiego i wice wersa: Bron – Komarnicki ciętym ripostował językiem niczym brat bliźniak trzeci. Sporo zamętu w głowach poddanych to wywołało, a  ostatecznie nowym cesarzem został Bron - Komarnicki większością głosów około dziesięciu elektorów. Choć za życia książę Markus niezbyt przepadał za cesarzem Lechiuszem, to jednak poruszony ogólnocesarską tragedią postanowił wydać edykt o utworzeniu w Nieczechowie skweru pamięci ofiar Syberiandii, wszelako kilku synów księstwa Nieczechowskiego śmierć poniosło na owej Niegościnnej Ziemi i czas był ostateczny, aby tą ofiarę z krwi złożonej za cesarstwo wreszcie publicznie upamiętnić. Wydawało się, że Markus więcej czasu poświęca sprawom bytu poddanych księstwa i modernizacji miejskiej, niż przygotowaniom do ostatecznego starcia. Wszelako zarządził kolejny etap budowy czterech aren sportowych dla młodzieży oraz gruntowną przebudowę centrum stolicy, a na finał robót kazał wmurować tablicę ku czci cesarza Kasjusza Największego przy wejściu frontowym do Pałacu niedawno rozbudowanego i od tego czasu nazywanego Markusjatem. Na uroczystość wmurowania tablicy Książę kazał wybić okolicznościową monetę i wydać historyczną księgę czynów cesarza Kasjusza Największego. Tymczasem myliłby się ten, który zakładał, że owe smutne czasy nie będą sprzyjać przygotowaniom do wielkiego i ostatecznego starcia dwóch Książąt. Nastała jesień zrazu słotna, ale potem sucha i pogodna. Wojska przeciwników były gotowe do walki, a ta już za pośrednictwem kronik i kronikopisarzy w sferze psychologicznej trwała na dobre. Sprzyjający Księciu bez Ziemi koncern kronik internetowych „Mały Brzeg.Wolne Słowo” co rusz publikował niepochlebne Markusowi kroniki dzienne. Markus odpierał te ataki niewybredne podczas wieców i posiedzeń Nieporadny, wskazując na powiązania nepotyczne „Małego Brzegu.WS” oraz zagraniczne źródła finansowania owego koncernu. Wielkim sukcesem Markusa było przejście na jego stronę byłych zwolenników Księcia bez Ziemi. Książę bez Ziemi mając wsparcie z zewnątrz, m.in. Hrabiego don Czesaniego i hrabiego Jurojka Tarnawickiego, a nawet cesarskiego posłańca do Unii Cesarskiej w Kapustlandzie  i wielce zaufanego arcyksięcia Kaczysława, kanclerza Zbizioraka, przygotowywał – zdawało mu się – skuteczne uderzenie wyprzedzające. Tymczasem poddanych obiegła informacja, jakoby księżna Zakalec ze sprzymierzonej z Księciem bez Ziemi konfederacji, w sąsiedniej Unii Tarnawickiej podmieniła listy uwierzytelniające elektorów do tutejszej Nieporadny Unijnej. Poddani sprzyjający Księciu bez Ziemi takie wieści przyjęli z niedowierzaniem, a gdy kroniki doniosły że to prawda najprawdziwsza, zaczęli coraz to powątpiewać w dobre intencje Księcia bez Ziemi. Stara strategiczna prawda mówi, że mobilne i dobrze wyszkolone wojsko to jedno, a życzliwość ludu to drugie,  bardzo ważne w ostatecznym rozrachunku ogniwo sukcesu militarnego. Nadszedł czas starcia. Dnia 21 przedostatniego miesiąca o świcie w niewielkiej miejscowości Urna stanęły naprzeciw siebie zbrojne orszaki Książąt. Tuż po pierwszej, porannej modlitwie arcykapłańskiej doszło do starcia. Ruszyły na przeciwnika lekko zbrojne oddziały piesze łuczników. Starcie trwało kilkanaście minut, po czym wojowie wycofali się na wcześniej obrane pozycje bez większych strat i zysków, choć zdawało się, że lekką przewagę osiągnęli wojowie Księcia bez Ziemi.  W obu sztabach postanowiono zmienić nieco taktykę. Generałowie Księcia bez Ziemi postulowali, aby nękać nieustannymi atakami czoło armii Markusa wysyłając do ataku lekkie oddziały artyleryjskie. Tymczasem dowodzący oddziałami księcia Markusa  wiceksiążę Barszczyński, regent Rycerskiewicz i kanclerz Burgul ustawili naprzeciw elitarny odział wojsk, rozkazując flankom wycofać się i okrążyć od południa i północy wojska przeciwnika. Ten manewr okazał się skuteczny i brzemienny w skutkach. Zaciskający się pierścień wokół armii Księcia bez Ziemi spowodował, że ruchy aprowizacyjne zostały sparaliżowane i już około południa rozpoczęła się na polu bitewnym wielka kotłowanina, która trwała bez przerwy do wieczora.  Zmierzchało, szczęk szabel i odgłosy walczących zaczęły cichnąć, aż umilkły zupełnie. Gdy nastał świt, oczom gapiów ukazał się widok prawdziwego pobojowiska. Na polu bitewnym leżało pokotem 12 z 14 oddziałów armii Księcia bez Ziemi. Dwóm wprawionym w bojach oddziałom Rengeliusza z Budzibęszyna oraz Burgulda z Jurkorwacji udało się wyjść z okrążenia bez strat. Za to z 15 oddziałów księcia Markusa, aż 13 wyszło ze starcia z okazałymi łupami, a tylko dwa oddziały, które pierwsze stawiły czoło przeciwnikowi nieco ucierpiały i zostały wycofane zawczasu z walki. Sam Książę bez Ziemi mocno zraniony chyłkiem uszedł do swojego dworu. Markus zaś tryumfował.  Bitwa nad Urnami przeszła do historii księstwa jako  największe i ostateczne starcie dwóch największych książąt ostatnich  dekad Nieczechowskiego Księstwa. Markus odniósł największą wiktorię w całej swojej historii władania Nieczechowem. Nigdy wcześniej i później nie odnotował już tak spektakularnego zwycięstwa.
Jesteście ciekawi jak potoczyła się dalsza historia w Nieczechowskim Księstwie ?  Jak to bywa w takich razach, poddani i dworzanie wrócili do swoich zajęć. Nikt  specjalnie nie zwracał uwagi na to, że od jakiegoś czasu w samym Nieczechowie pewien rządca książęcy nie wystawił swojego oddziału do walki, ani po jednej, ani po drugiej stronie bitwy. Choć kiedyś był sprzymierzony z Księciem bez Ziemi, to unikał za wszelką cenę konfliktu z Markusem i nie palił się do jakichkolwiek związków z byłym zwierzchnikiem. Swoim folwarkiem zarządzał tak, że już od jakiegoś czasu należał  do  bardziej zamożnych obywateli, zyskując coraz większy szacunek wśród mieszkańców Księstwa Nieczechowskiego. Zostawmy owego zręcznego Zarządcę na kolejny odcinek Dziejów Nieczechowa. Tymczasem przed księstwem kolejny jubileusz – wszak za kilka tygodni „Niewczas Nieczechowa” i jego główna kronikopisarz szykować się będą do okrągłej rocznicy kronikopisarskiej, zatem i ja tam pospieszę, aby podsłuchać co w poelekcyjnej trawie piszczy.

Koniec cz. 3.
Autor: Dariusz Adamski                           

Dziejów Nieczechowa uzupełnienie czyli do kronikarza zapytań kilka
Jako, że w historyi w ogóle, a Nieczechowa szczególnie, nie wszyscy tak obeznani jak przezacny, wyżej spisujący dzieje, zapytać na wstępie należy czy przypadkiem, ów biegle fechtujący piórem gęsim, tak koło południa, pamiętnego 21-go przedostatniego miesiąca, nie zaczął zanadto raczyć się winem wszelakim?
Bo cóż innego tłumaczy zacnego skrybę owego, iż uwadze jego uszło zachowanie zaufanych mężów Księcia bez Ziemi. A owi mężowie, tak koło wieczora już, widząc rozmiar nieuchronnej klęski swojego obozu, zachowali się zgoła nie jak to zwykle pobici w boju.  Ci doborowi wojowie przegranego Księcia bez Ziemi byli skonsternowani i zdziwieni! No bo czy dotychczas świat widział by zastępy - bez wsparcia groźne miny czyniących protektorów - chudopachołków (tak mniemali wojowie przeciwni Markusowi) aż taką victorię  mogły odnieść? Jakie to siły nieczyste musiały je wspierać, że nie odnosząc dotychczas w bojach sukcesów, bezpardonowy pogrom sprawiły, zaprawionym we wszelkich potyczkach, błogosławionym w dodatku przez możnych, oddziałom sprawiedliwych?
I nie zwycięstwo samo, jak mniemam, a widok zdziwienia na gębach pokonanych, najprzedniejszą był nagrodą dla zwycięzców! To warto w kronikach zapisać. Jak również i fakt, iż pokonanych Markus kazał oszczędzić.
Piwniczka z winami u waszmość dziejopisarza musi być niezgorzej zaopatrzona, skoro umknęło mu też ważne w dziejach Nieczechowa tegoroczne wydarzenie, a mianowicie powódź i wszystkie z nią związane historyje. Ciężki – choć letni – był to czas dla mieszczan i wokołogrodzkich przysiółków. Nie dość, że Brudajec swymi wodami zalał podmiejskie równiny, niszcząc kmieciom uprawy rolne, to w dodatku, bez umiaru padające deszcze rozmiękczyły okoliczne wzgórza, powodując obsunięcia się ziemi, niszcząc srodze wiejskie zagrody. Dobrze choć, że warowna baszta, nie rozleciała się doszczętnie, bo wówczas – przy wewnętrznym (Książę bez Ziemi) zagrożeniu – innym najeźdźcom Nieczechów i okolica by się nie oparły. W takim to też czasie Książę Markus musiał ciężko borykać się z przeciwnościami losu, podczas gdy jego przeciwnik prowadził polityczne knowania i dysputy, myśląc już o decydującym jesiennym starciu.
Omszałe też chyba gąsiorki sprawiły, iż w kronice zabrakło wzmianki o zacnej Rozamundzie Centusiowej. Bardzo radzi byśmy się dowiedzieć co nowego u niej słychać. Ta Nieczchowska matrona na pewno coś ważnego, a nowego wykoncypowała, co w kronikach winno być zapisane.
Należy więc liczyć, że zacny nasz skryba doszedł już do siebie i bieżące wydarzenia, skrzętnie nadal zapisuje. A piwniczkę, dla ochrony swojego zdrowia i uciesze innych, na koniec roku otworzy. Wszak niedługo karnawał, a i godnie Nowy Rok powitać też trzeba.


Pilnie dzieje Nieczechowa Śledzący

KOSMITÓW NIE MA WE WSZECHŚWIECIE - Czas Czchowa nr czerwiec 2010

Administrator.

Przed każdym programem telewizyjnym są nadawane reklamy, widzimy przepiękne plaże ze złotym piaskiem i piękne, opalone, młodziutkie dziewczyny – sam raj. Potem TVP I i II pokazują wielką biedę. W Polsce są miliony niedożywionych, żyjących na granicy ubóstwa, obywateli. Zaraz potem totalna krytyka służby zdrowia, złej polityki rządu za uległość do Rosji, do Unii i do Niemiec. Ogólnie brak „godnej dla Polski postawy”. Trochę pożarów oczywiście z winy rządu, trochę wypadków drogowych i w kółko Smoleńsk. Oczywiście są też tematy stałego repertuaru, jak dziury na drogach, brak autostrad, drożejąca benzyna i olej do traktorów przed żniwami. Totalna klapa. Wiadomo, radio polskie zostało podzielone pomiędzy PiS i SLD. Program I ma PIS, a program II – SLD. Do TVP dołącza się wierne radio z Torunia. Głosząc jedno stronne hasła, nie zachowując obiektywizmu, stara się być bardzo opiniotwórcze. Niekiedy mija się to z misją radia katolickiego, tworząc wokół siebie niepotrzebne zamieszanie. Ja pytam wszystkich,  duchownych i świeckich, wierzących i niewierzących, polityków z prawicy i lewicy, w imię czego? dla kogo? dla jakich idei podczas modłów i śpiewania psalmów jest sianie nienawiści i tym samym popełnianie czynów niezgodnych z nauką kościoła o miłości bliźniego? Dlaczego zamiast więcej o duszy i wierze, mówi się ciągle o polityce i gospodarce?

Jestem już niemłodym człowiekiem i nie cieszą mnie już laski z plaż, ale cieszy mnie wszystko inne, a więc cieszy mnie, że nie ma biedy. Pamiętam jak miałem 6 lat i po żniwach po ostrym ściernisku 5 i 6-letnie dzieci ze wsi chodziły boso zbierać „kłusia”, pamiętam ich pokrwawione do kolan nogi.

Pamiętam jak za okupacji nasza  mama mnie i Andrzejowi dawała po pół jajka, pamiętam smak mleka słodzonego wytłokami z buraków. Nie jestem od reportaży jak pan Kapuściński, ale zapewniam wszystkich krytyków naszej biedy, niech zobaczą Kubę, Indie, Chiny, ja to widziałem i tam nawet wytłoki z buraków to luksus. Czy ktoś pamięta, że w 1943 r. 3 miliony Ukraińców zmarło z głodu? Idę dalej i znów pytam, dlaczego tak narzekamy na służbę zdrowia? Gdyby była taka zła, to średnia życia nie byłaby teraz równa 75,5 lat. Każdy, jak jest istotna potrzeba, zostanie przyjęty do szpitala i poprawnie leczony. Każdy ma lekarza rodzinnego, który udzieli porady i będzie leczył zgodnie ze sztuką lekarską. Każdy ma dostęp do specjalisty, a że są długie terminy to dowód, jak dużo ludzi korzysta z ich porad. Dla porównania powiem, że w USA na specjalistę oczekuje się do 6 miesięcy /w zależności od stanu/, a leczenie często pochłania oszczędności całego życia. Cieszy mnie też to, że wychodzimy ze światowego kryzysu bez drastycznych jego konsekwencji, cieszy mnie, że wreszcie z wielką dynamiką rozpoczęliśmy budowę autostrad, że ukończymy w terminie wszystkie zobowiązania przyjęte do euro 2012 r. Cieszy mnie, że większość problemów ważnych dla Polski rozwiązuje się z rozsądkiem i wizją przyszłości, cieszy mnie, że staliśmy się poważnym krajem, liczącym się w Unii Europejskiej i na świecie. Mamy bardzo dobre stosunki z Niemcami i coraz lepsze stosunki z Rosją. OBY SIĘ TO NIE ZMIENIŁO.

Polacy są z natury pesymistami z tendencją do wyolbrzymiania wszystkiego złego, a nie cieszenia się dniem dzisiejszym, życiem i tym, że idziemy dobrą drogą do lepszego. Popatrzmy na nasz rodzinny Czchów, rządzony przez władze PSL, widać troskę o miasto i okolice, dobre plany na przyszłość, na rozbudowę, na turystykę, na podniesienie rangi tych okolic. Mój apel i radę kieruję do starszych, średnich i młodzieży: przestańmy żyć martyrologią i narzekaniem, wybierzmy przyszłość, drogę do Unii i do przyjaźni z narodami na zachodzie i na wschodzie. Troszczmy się o dziedzictwo kultury i historii, podtrzymując tylko te dobre oblicza Ojczyzny. Uwierzmy w siebie!

Mogę śmiało powiedzieć że kosmitów nie ma wokół nas bo gdyby byli to uwierzyliby w piękne plaże z pięknymi dziewicami i inne bajki z telewizji.


Udanego i przemyślanego głosowania życzy autor.

Marian Skarżyński

GNIEW NATURY - Czas Czchowa nr czerwiec 2010

Administrator.

Nie układa się dobrze ten 2010 rok. Co rusz napływają smutne informacje. Ta pierwsza dekada 21 wieku kończy nam się w smutnych nastrojach. Niektórzy zaczynają poważnie zastanawiać się nad tym, czy apokaliptyczne wizje proroków i wieszczów przypadkiem nie zaczynają się dziać na naszych oczach, a koniec kalendarza Majów, przypadający na dzień 21 grudnia 2012 r. nie oznacza końca tego świata. Ludzie, jak im się na głowę zwala nieszczęście za nieszczęściem, szukają irracjonalnych wyjaśnień. Trudno się dziwić ludziom, którzy jeszcze nie ochłonęli po największej katastrofie III RP, a już musieli mierzyć się z powodzią, która wyrządziła bodaj najwięcej szkód od, naszemu pokoleniu już nie pamiętnej, powodzi z 1934 roku. Gdyby nie było zapór wodnych w Czorsztynie, Rożnowie i Czchowie, kto wie czy nie mielibyśmy powtórki z tej historycznej powodzi. Wtedy kompletnie zalaną doliną Dunajca płynęły domy, stodoły i cały dobytek ludzi , mieszkających nad rzeką. Dziś rzeka nie wyrządziła aż takich szkód jak potoki i osuwające się zbocza. Owszem, zerwany na przeprawie Czchów – Piaski – Drużków  prom „Bartek” napędził strachu mieszkańcom Zakliczyna, bo gdyby dotarł do mostu to z pewnością sąsiedzi most by stracili. Skończyło się na strachu w Filipowicach, gdzie strażacy „Bartka” wyciągnęli na wał i przypilnowali, żeby wrócił tam, gdzie jego właściwe miejsce. Tak nawiasem pisząc, strażacka brać udowodniła, że jest jedyną mobilną siłą, potrafiącą skutecznie walczyć z żywiołem i ratować ludzi. Sam widziałem jak głupio i nieswojo było tym, którzy podczas majowej powodzi korzystali z pomocy druhów z OSP, a którzy dworowali sobie wcześniej z Ochotniczych Straży Pożarnych i strażackich ceremoniałów i ćwiczeń, a gdy strażacy chodzili z kalendarzami, to zamykali przed nimi drzwi. Warto to doświadczenie zapamiętać sobie, bo jeśli chodzi o powodzie, to są one coraz częstszym zjawiskiem. Tylko w ostatnich latach większe lub mniejsze szkody, ulewy wyrządziły w latach 1997, 2001, 2007 i teraz w maju 2010. Natura pokazuje, że nadal jest potężna wobec człowieka i jego dokonań. Warto i trzeba napisać, że ogromne straty i niezmierzone cierpienie ludzi doświadczonych przez siłę natury, wynikają niestety z braku szacunku ze strony człowieka do potęgi natury. Ten brak szacunku przejawia się na różnych płaszczyznach naszej aktywności i broń Boże nie jest tożsamy z brakiem odzewu na protesty ekologów, którym znów się dostało przy okazji tegorocznej powodzi od adwersarzy. Błędem byłoby całą winę zrzucać na ekologów nie godzących się na budowę zapór wodnych, piastujących bobry i inne żyjątka w okolicach rzek, wałów przeciwpowodziowych i potoków. Dobrym prawem ekologów jest popularyzowanie ich stanowiska i stylu życia. Dobrym prawem obywateli Rzeczypospolitej jest prawo do bezpiecznego życia i rozwoju. Niestety nasze państwo dość kiepsko wywiązuje się z tego zadania. Tak się składa, że od 1997 roku wszystkie bez wyjątku siły polityczne miały okazję rządzić naszym krajem i w sprawach ważnych jakoś tak nie bardzo się wykazać potrafiły. A jakie to sprawy ? Ano pierwsze z brzegu. Dlaczegoż to w nowoczesnym, cywilizowanym państwie odstępuje się od obowiązku posiadania planów zagospodarowania przestrzennego ? Dlaczegoż to państwo postanowiło uznać, że utrzymanie infrastruktury melioracyjnej, to nie jego powinność, tylko obywateli ? Czemuż to na terenach zalewowych przez co najmniej 20 lat nie można było nic budować, a teraz można ?   Czemuż to państwo, będące właścicielem cieków wodnych nie dba o stan rzeczek, potoków i strumieni ? Jak to się dzieje, że o potrzebie budowy zbiorników wodnych – ot, jak choćby w Gosprzydowej, mówi się podczas powodzi i na tym się kończy. Pytania o lokalizację polderów powodziowych w związku z retorycznymi pytaniami postawionymi powyżej nie ma sensu zadawać, natomiast zadam jeszcze jedno pytanie; czy koszty usuwania skutków powodzi są mniejsze niż jej zapobieganie ? Z praktyki stosowanej w Polsce wynikałoby, że tak, ale w to najzwyczajniej trudno uwierzyć. Nasi zachodni sąsiedzi – Niemcy – po powodzi w 1997 roku wyciągnęli wnioski daleko różniące się od naszych. Tak się złożyło historycznie , że mamy kawał wspólnej granicy na Odrze, która w tegorocznej powodzi narobiła szkód po polskiej stronie, a po niemieckiej tylko incydentalnie. W tym przypadku można zastosować na nowo stare polskie przysłowie że „ Mądry Niemiec po szkodzie, a Polak przed i po szkodzie głupi.” Wracając na koniec do kalendarza Majów, to warto zauważyć że dzisiejsi potomkowie sławnego amerykańskiego plemienia uważają, że data końca ich kalendarza wcale nie jest datą końca świata, a jeśli już, to końca pewnej epoki. Naukowcy zaś „pocieszają”, że apokalipsa grozi nam w każdej chwili, ale to już inny temat.


Kazimierz Dudzik

Mój letni kalejdoskop (CzCz nr lipiec 2010)

Administrator.

Młody – zdolny

Z dużym zaciekawieniem przeczytałem internetowy felieton Bożydara Gierczyńskiego pod tytułem „Z przymrużeniem oka: mundialowa kampania”. Nie wiem, czy szykowana jest wersja papierowa tego artykułu – jeśli tak, to bardzo dobrze. Bardzo dobrze dlatego, że Bożydar to młody człowiek, jak dobrze kojarzę z Tymowej, terminujący od jakiegoś czasu w redakcji „Czasu Czchowa” i mniemam, że to Jego terminowanie jest ku pożytkowi gazety jak i samego zainteresowanego. To, że Bożydar nie zajmuje się podczas tej praktyki albo to oglądaniem panoramy z okna redakcyjnego widocznej, albo dla odmiany szefowej czchowskiej gazety widocznej vis - a - vis  jest chwalebne, jeśli patrzeć na to pod kątem praktycznego urobku tejże praktyki. Zdolny praktykant był łaskaw podzielić się w artykule swoją refleksją na temat dwóch ważnych wydarzeń, którymi żyliśmy w ostatnich tygodniach; afrykańskim mundialem i polską kampanią prezydencką. Ładnie te dwie rzeczy młody człowiek „zgrał” w całość w felietonie i mnie jako czytelnika „wciągnął” w swoją obserwację. „Wciągnięcie” czytelnika to bardzo ważna dla dziennikarza umiejętność, bo jak mówi mój najbardziej wpływowy recenzent – żona – dobry artykuł to taki, który się sam czyta, to znaczy jak się zacznie go czytać, to się kończy w jednym kawałku. W czasach, gdy dziennikarstwo dramatycznie obniża poziom, jak polska ekstraklasa piłkarska, takie zjawisko przywraca człowiekowi wiarę w to, że bylejakość nie musi wygrywać zawsze i wszędzie. Trzymam mocno kciuki za Bożydara z nadzieją, że nie jeden jeszcze raz da publicznemu osądowi próbki swojego dziennikarskiego talentu.

Więcej artykułów…