Nasi partnerzy

  • image
  • image
  • image
  • Instal-mont
  • image
  • image
  • image
  • Autokompleks
  • image
  • image
  • image
  • image

Fotoreportaże

  • 39 dzieci niepełnosprawnych z SOSW w Złotej wraz z rodzicami i opiekunami wyjechało do Włoch... zwiedziło Rzym, Asyż, Monte Cassino, Wenecję i wiele innych pięknych miejsc, spotkały się z Papieżem Franciszkiem... - fot. Joanna Dębiec
  • VI Tymowskie Kolędowanie - 7 stycznia 2018 r. - fot. red. Joanna Dębiec
  • Caritas Przedszkolaków z Jurkowa zaprosił na świąteczny poczęstunek osoby starsze i samotne... - fot. J.Dębiec
  • Seniorzy z Naszej Chaty odwiedzili z występem i wsparciem kulinarnym szkołę z dziećmi niepełnosprawnymi w Złotej - fot. J.Dębiec
  • Jasełka bez słów i Wigilia dla osób starszych i samotnych w Domosławicach - fot. red. J.Dębiec
  • Archiwum

PACYFIKACJA CZCHOWA 1944 – WYBRANE ZE WSPOMNIEŃ…

Administrator.

(…) chciałem napisać parę słów o pacyfikacji, która zaczęła się 1 sierpnia 1944 roku, w dzień wybuchu Powstania Warszawskiego. Były próby opisu tego koszmarnego wydarzenia w czasie wojny. Zawierają one wiele nieścisłości, wypaczeń. Autorzy tych opisów mieli jeden brak: nie byli uczestnikami tego wydarzenia. Opisywali go na podstawie relacji innych. Wiadomo jednak, że farma crescit eundo. Powodem pacyfikacji była akcja AK, przeprowadzona na Zaporze, o czym już wspomniałem. Bezpośrednio po tej akcji nie było żadnego odwetu, bo Niemcy byli wtedy w odwrocie. Kiedy się front ustabilizował koło Dębicy, pomyśleli o tym. Najpierw w Czchowie rozkwaterował się oddział przeciwlotniczy. Później zjechali Kozacy Dońscy pod dowództwem niemieckim. Przyjechali na tak licznych wozach i takimi końmi, że wszyscy się cieszyli, na co zeszła butna potęga Niemiec. Pacyfikacja zaczęła się bardzo prymitywną prowokacją. W miejscowym barze Kozacy sprzedali rewolwer Franciszkowi Nieciowi, fryzjerowi. Kiedy on go kupił, wtedy Kozak jeden do drugiego mówi: „Patrz, on ma broń”. Nieć zaczął uciekać, a kozacy za nim zaczęli strzelać. Zabili go, a ciało powiesili na jesionie, który rósł naprzeciwko domu pana Rybickiego. Otoczyli Czchów strażami, szczególnie drogi, wiodące do rynku. Tym strażom nawinął się Antoni Wyporek, kapitan wojsk polskich, który się ukrywał u pana Skarżyńskiego. Wezwany przez Kozaków, aby się zatrzymał, nie posłuchał, wtedy go zastrzelili. Była to druga ofiara pacyfikacji. Pierwszy był aresztowany burmistrz, Marcin Dycyan. Zaraz za nim aresztowali nas, dwóch księży. Staliśmy na Rynku, a oddział przeciwlotniczy strzelał ponad naszymi głowami w stronę lasu. Chcieli nas sterroryzować. Znana melodia niemiecka. Kto chciał wejść czy wyjść z Czchowa, każdego aresztowali. Aresztowanym kazali położyć się na ziemi z wyciągniętymi rękami. Było to po deszczu i musieliśmy położyć się w błocie. Po pewnym czasie dali rozkaz, by ustawić się rzędem pod murem podcienia. Rozpoczęła się rewizja. Rewizję przeprowadzał Niemiec. Przy tej rewizji bił i kradł co się dało. Na plebanii przebywał prof. Florian Wiliński z Krakowa. Jego też aresztowali. Przy rewizji Niemiec zrabował mu obrączkę ślubną, a jego samego pobił do krwi jego własną laską. Mnie zrabował zegarek i 200 złotych. Ponieważ 200 zł było za mało, to go rozgniewało do tego stopnia, że mnie pięściami okładał po głowie. Na szczęście nie miałem laski przy sobie. Koszulę we wściekłości podarł ze mnie w strzępy, a sutannę w kawałki. Mam ją po dziś dzień. Taka to była kultura niemiecka, którą się tak szczycili.

 

Po rewizji wegnali nas do piwnicy p. Rybickiego. Jest ona do dzisiaj. Można by ją czymś zaznaczyć, choćby dla turystów zwiedzających Czchów. W tej piwnicy było nas około 50 mężczyzn. Co raz to nowych wprowadzano. Na progu piwnicy postawili karabin maszynowy i dwóch Kozaków z odbezpieczonymi granatami ręcznymi. Zapowiedzieli nam, że jeśli ktoś będzie chciał nas odbić, to wszystkich wystrzelają. Niecierpliwie czekaliśmy rana i przygotowywaliśmy się na śmierć, bo można się było akcji odbicia spodziewać. Jak potem dowiedzieliśmy się, taka akcja obicia była brana w rachubę. Na szczęście dla nas nie doszło do tego. Rano dali rozkaz wyjścia dwójkami z piwnicy. Na rynku stali Kozacy z karabinami w rękach, gotowymi do strzału. Pan Wiliński odezwał się: „Księże Kanoniku, rozgrzeszenia”. Ksiądz Skalski udzielił wszystkim ogólnego rozgrzeszenia, mnie chwycił za rękę starszy pan Kwiatkowski, krewny przedwojennego wicepremiera, Eugeniusza Kwiatkowskiego i powiedział do mnie: „W imię Boże idziemy na śmierć”. Kiedyśmy weszli w kordon kozacki, ujrzałem żonę pana Kwiatkowskiego z jakimiś papierami, które Niemiec przeglądał  i zwolnił go do domu. Nas zaś przeprowadzili do kościoła, który zmienili w więzienie. Na cmentarzu kościelnym leżała zabita Wiktoria Kukla, starsza pani z Jurkowa. Codziennie chodziła do kościoła, przy tym była trochę głucha. Na zawołanie „halt” nie stanęła, bo albo nie usłyszała, albo nie zrozumiała co to znaczy. Została zastrzelona. Prosiłem Niemca, by mi pozwolił iść na plebanię przebrać się. Dał mi Kozaka i pod jego opieką poszedłem. Niestety nie miałem się w co przebrać, bo w nocy Kozacy, a pewno i Niemcy splądrowali całą plebanię i zrabowali wszystko, co tylko przedstawiało jakąś wartość. Wysiedlona, która mieszkała na plebanii pożyczyła mi koszulę męża. Cała ta zgraja bandytów tej nocy na całym rynku urządzała swoje orgie rabunków i gwałty kobiet. Działy się sceny dantejskie, kiedy dzicz kozacka zaspokajała swoje pierwotne instynkty pod kierownictwem i przyzwoleniem niemieckim. Broń nas Panie Boże na przyszłość, by nam tej kultury więcej nie nieśli. Kiedy wróciłem do kościoła zauważyłem nowych ludzi, których Niemcy aresztowali. Wszystkich nas było około dwustu mężczyzn. Kozacy upatrzonych mężczyzn wywoływali z ławek i prowadzili do kaplicy św. Józefa i tam im rabowali zegarki, grożąc by nikomu o tym nie mówili, bo będą ich strzelać. Niektórych aresztowanych bili, kopali. Wojciech Nieć i Franciszek Kornaś byli w specjalny sposób maltretowani: ponadrywali im uszy. Robili rewizję w kościele, przesuwali ławki czy nie ma tam schowanej broni. Szczególny kłopot miał ks. proboszcz. Aresztowany mężczyzna, celowo nie wspominam nazwiska, zeznał, że od kościoła do baszty jest tunel, przez który on jako mały chłopak chodził. W rzeczywistości było tak: przy kościele od strony plebanii była kaplica, pod kaplicą była piwnica, w której były groby. Kaplicę rozebrali, piwnica się w pewnym miejscu zapadła i to miejsce, według legendy ludzi, było wejściem do rzekomego tunelu. Dopiero ks. Skalski wytłumaczył Niemcowi niemożliwość istnienia takiego tunelu. Po pewnym czasie weszło do kościoła dwóch Kozaków z powrozami. Chodzili po kościele, rozmawiali, jedli ciastka, palili papierosy. Myślałem, że pojadą gdzieś po siano dla koni i te powrozy miały by to siano przypawiązić. Ks. proboszcz przewidując śmierć, poprosił dowodzącego Niemca, który zresztą mieszkał na plebanii, by pozwolił spowiadać aresztowanych. Zgodził się. Niektórzy aresztowani się spowiadali. Przed wieczorem wyprowadzono nas piątkami do szkoły na przesłuchanie czy sąd, nie wiem jak to nazwać. Wtedy dopiero zrozumiałem tych Kozaków z powrozami. To oni powiesili na lipie Wojciecha Niecia i Franciszka Kornasia. Powiesili ich wysoko, a nas prowadzili pod nimi, by nas zastraszyć.

 

Na przesłuchaniu mnie się pytali com ludziom mówił na kazaniach. Odpowiedziałem krótko: o Bogu. Nie pytali mnie już więcej. Ks. Skalski bał się przesłuchania, bo we wczorajszej rewizji zabrali mu portfel. W nim były 3 dolary. Był rozkaz oddawania dolarów pod karą śmierci. Bał się więc tych dolarów. W czasie przesłuchania jeden z Niemców przeszukał portfel i znalazł te dolary, ale nie zrobił z tego żadnej kwestii, tylko je rozdzielił. Było ich trzech. Z niemiecką pedanterią każdy dostał po dolarze. My bandyci, a oni ludzie uczciwi. Kiedy nas przesłuchiwano, wszystkich z powrotem przeprowadzili do kościoła na noc. W kościele w ławce jeszcze jednemu Kozakowi udało się zrabować obrączkę ślubną p. Skarżyńskiemu. W chwilę potem do kościoła przyszedł Niemiec i wywołał nas, księży, byśmy szli na plebanię. Tam mieliśmy mieć areszt domowy. Dowodzący Kozakami Niemiec, jak już pisałem, mieszkał na plebanii, z nim mieszkała jego kochanka, Rosjanka. Dowodzący był żonaty. Żona jego miała jakąś fabryczkę. Rosjanka zbierała więc zegarki, by być równie bogatą jak żona Niemca. W Czchowie miała już walizkę tych zegarków. Przez nią uprosili wysiedleni i gospodyni Niemca, by nas zwolnił z kościoła i pozwolił wrócić na plebanię. Na plebanii mieszkała druga rodzina wysiedlonych ze Lwowa. Jak zaczęła się pacyfikacja on i jego szwagier ukryli się na strychu i mimo rewizji, jaką tam przeprowadzono, ich nie znaleźli. Rano ks. Skalski poszedł do kościoła, by wykomunikować wczoraj wyspowiadanych. Nastrój u mężczyzn przez noc w kościele się zmienił. Chcieli się wszyscy spowiadać. Dlatego ks. Skalski przysłał Kozaka, bym poszedł do kościoła. Ks. proboszcz odprawiał Mszę świętą, a ja spowiadałem i potem na odwrót. Mężczyźni zaś śpiewali pieśni „Pod Twoją obronę, Pod Twą obronę Święty Boże”. Ale jak oni śpiewali. Jeszcze nigdy nie widziałem i pewno widział nie będę mężczyzn tak szczerze się modlących. Na tym nabożeństwie mężczyźni jakoś otrząsnęli się z tego załamania. Przy końcu nabożeństwa przyjechało gestapo i zaczęło wywozić wszystkich po kolei do Zakliczyna na rozstrzelanie. My, księża, ledwo wymknęliśmy się z kościoła. Ordynans Niemca, Kozak, krzyczał na nas po co idziemy do kościoła, mamy siedzieć na plebanii jak nam dobrze. Przez okno ujrzeliśmy leżącą na trawniku koło kościoła Latosińską, która pracowała na poczcie. Ordynans objaśnił nam, że znaleziono u niej broń i będzie rozstrzelana. Było to wierutne kłamstwo.

ks. Franciszek Kolebok

***

 

Zostaliśmy […] przy życiu. Po przesłuchaniu część uwięzionych wypuścili, a pozostałych wywieźli na Melsztyn, aby tam rzekomo rozstrzelać, ale to była tylko pogróżka, bo wszyscy wrócili i zostali przy kopaniu okopów (rowów strzeleckich). Tyle relacji księdza Skalskiego.” Ze wspomnień Zygmunta Kornasia.

 

***

 

„1-2.VIII. 1944 r. – Watahy Własowców wsparte żandarmerią niemiecką i gestapo, przeprowadziły w dniach 1-2 sierpnia pacyfikację Czchowa. W czasie pacyfikacji zginęli: Nieć Franciszek lat 23, Nieć Stanisław lat 33, Motak Piotr lat 36, Kuklanka Wiktoria lat 51, Nieć Wojciech lat 25, Proficz Jan lat 44. W czasie pacyfikacji wielu ludzi przetrzymywano przez cały dzień i noc w piwnicach domu w pobliżu kościoła, oraz w samym kościele. Trupy Zabitych, jak Niecia Franciszka i innych powieszono na konarach drzew przed kościołem. Na kobietach dopuszczano się gwałtów, mężczyzn bito. Spalono zabudowania sołtysa gromady Czchów Marcina Dycjana. Pacyfikacja Czchowa miała za cel załamać wolę walki członków Ruchu Oporu na terenie południowej części powiatu Brzeskiego. W dniu 1.08.1944 r. wybuchło powstanie w Warszawie, o czym doniosło radio z zagranicy.”

 

Z Prywatnych zapisków Karola Bernackiego - http://www.jadowniki.pl/page.php?page=8

 

***

 

PACYFIKACJA CZCHOWA WE WSPOMNIENIACH JANA RYBICKIEGO

Minął 1 sierpnia i kolejna rocznica pamiętnych dla Czchowa,  bolesnych  wydarzeń wojennych. Pozwoliliśmy sobie sięgnąć do spisanych w 2003 roku wspomnień pana Jana Rybickiego, do dziś przyjeżdżającego do Czchowa, gdzie w rynku (miejscu, w którym działy się wydarzenia 1944 roku), stoi Jego dom. To w piwnicy PP. Rybickich byli więzieni podczas pacyfikacji mieszkańcy Czchowa. Aby jeszcze raz wszystko przeżyć i pozostawić historycznej pamięci, publikujemy przeżycia wówczas 11-letniego chłopca, przywołujemy wydarzenia, ludzi  i miejsca, by dać świadectwo, że pamiętamy…

W ostatnich dniach lipca 1944 roku do Czchowa zostały skierowane pododdziały wojsk niemieckich i ukraińskich wraz z rodzinami. Żołnierze zostali zakwaterowani głównie w Rynku, a w naszym domu zamieszkał na kwaterze niemiecki porucznik – lekarz. W tamtym czasie mieliśmy dwa domy, stojące obok siebie. Pierwszy znajdował się na miejscu, gdzie obecnie stoi dom o numerze 17 „a”, drugi na pustej w obecnej chwili parceli. W pierwszym domu mieszkała moja rodzina: rodzice Tadeusz i Maria Rybiccy, siostra Marylka i ja. W tamtym czasie przyjechali do nas w odwiedziny krewni z Tarnowa – ciotka i kuzyn. W domu mieszkały również dwie służące oraz Julek, który opiekował się końmi. Drugi dom rodzice udostępniali uciekinierom ze Lwowa. Były to rodziny Winnickich, Iwańskich i Dąbrowskich. Jedno pomieszczenie wynajmował ponadto na zakład fryzjerski pan Franciszek Nieć, który miał czeladnika, 15-letniego Proficza.

1 sierpnia 1944 roku od rana przychodzili do fryzjera Niemcy i Własowcy, aby się golić i strzyc. Wielu z nich nie płaciło. To bardzo denerwowało pana Niecia, w pewnym momencie nie wytrzymał i dając do zrozumienia „soczystymi słowami”, że dłużej tego nie będzie robił, wyszedł  z zakładu. Mój ojciec nie chciał dopuścić do awantury i razem z czeladnikiem Proficzem golił i strzygł on Niemców. Żołnierze, przebywający u fryzjera zostawiali karabiny oparte o stolik. W pewnym momencie wrócił pan Nieć, złapał jeden z takich karabinów i wybiegł na rynek. Pobiegł w kierunku kościoła i ulicy Basztowej, a za nim w pościgu Niemcy i Własowcy, strzelając i wrzeszcząc. Pan Nieć zdążył dobiec tylko do domu przy obecnej Basztowej nr 6 (p. Białka), gdzie został zabity. Zabitego przywiązano do orczyka konia i wlokąc po ziemi przyciągnięto pod nasz dom, gdzie został powieszony na rosnącym przed nim drzewie. Własowcy strzelali do wiszącego i przeraźliwie wrzeszczeli. W międzyczasie Niemcy otoczyli cały Czchów i nikogo nie wypuszczali, natomiast wszystkich, przybywających do miasta zamykali w piwnicy pod zakładem fryzjerskim. Pan Proficz ukrył się w naszej stodole w sianie, a mój ojciec schował się w rynnie pomiędzy naszymi dwoma domami.

Rozpoczęła się pacyfikacja Czchowa. Własowcy dostali pozwolenie od Niemców, że mogą robić, co chcą. Patrole przeszukiwały domy pod pretekstem szukania broni. W efekcie zabierali, co chcieli. Gwałcono kobiety, a napotkanych mężczyzn zamykano i więziono w naszej piwnicy. Po pewnym czasie piwnica była tak zapełniona, że przebywający w niej ludzie mdleli. Przez okno widziałem, jak prowadzono do niej również naszych dwóch księży. Następnie aresztowanych przeprowadzono do kościoła, gdzie pozwolono im dopiero usiąść w ławkach. Najgorsza była noc, ciągłe rewizje, strach, że wszystkich zabiją. Nas uratowała moja mama, która znała języki niemiecki i rosyjski. Tłumaczyła, że jesteśmy ze Lwowa i uciekliśmy przed bolszewikami. Był taki moment, że już mieliśmy być rozstrzelani przez Własowców, ale wstawił się za nami niemiecki lekarz wojskowy, wyrzucił Ukraińców z domu tłumacząc, że jego gospodarze są porządnymi ludźmi i on bierze za nich odpowiedzialność. Drugim trudnym momentem była chwila, gdy Własowcy podpalili dom pana Dycyana, który był w rynku aresztowany i przebywał wraz z mężczyznami w piwnicy. Wszyscy myśleli, że spalą cały Czchów. Przed kościołem na lipie powieszono dwóch mężczyzn o nazwisku Nieć. Jeden z nich był kwatermistrzem AK i przewoził akurat pieniądze dla organizacji. Drugi z żona i z dziećmi mieszkał w domu, który obecnie należy do pana Potoczka. Na trzeci dzień pozwolono żonom odwiedzić aresztowanych mężczyzn w kościele. Mama zabrała mnie i również poszliśmy do kościoła, gdyż tam więzieni byli nasz pracownik Julek i kuzyn z Tarnowa. Okazało się, że Julek nie posiadał kenkarty, zgubił ją podczas zwożenia siana w stodole i za to grozi mu kara śmierci. Mama zarządziła, ze wszyscy idziemy do stodoły i będziemy wyrzucać siano na podwórko dopóki nie znajdziemy kenkarty. W tym czasie przyszła do naszego domu pani Maria Fijakowa, przyjaciółka moich rodziców, z tragiczną wiadomością, że w nocy Własowcy zabili jej męża i leży w ziemniakach przy drodze,  w miejscu, gdzie obecnie znajduje się restauracja. Pani Fijakowa była w ogromnym szoku i mama zostawiła ją w naszym domu wraz z córką i synem. Niemcy zrobili selekcję mężczyzn przebywających w kościele i siedem osób przeprowadzili z powrotem do naszej piwnicy. Byli to: pan Wiejowski, Komasa, Motak, Proficz, Reczyński, Winiarski i zgubioną kenkartę Julka znaleźliśmy w stodole i mama zaniosła ją do pani Mulickiej, Lwowianki, która mieszkała z panem Iwańskim w obecnym domu pp. Kołodziejczyków. Znała ona doskonale język niemiecki, udała się więc do komendanta wojsk niemieckich, kwaterującego na plebanii, aby uwolnić Julka i pana Wiejowskiego. Po jej interwencji obydwaj mężczyźni zostali wypuszczeni do domu, a pozostali aresztowani – rozstrzelani za cegielnią i zakopani w parowie. Fryzjera Niecia Własowcy zakopali koło płotu naszego domu.

Mama odnalazła ukrytego ojca, po czym narażając się na ogromne ryzyko udała się do niemieckiego lekarza wojskowego i wszystko mu opowiedziała. Niemiec kazał go ogolić i przyprowadzić. Po oględzinach okazało się, że ojciec miał na sobie wojskową koszulę niemiecką. Lekarz kazał mu natychmiast ją zdjąć i spalić oraz zakazał mu wychodzenia z domu.

Żona dowódcy Własowców szukała masarza do zabicia świni. Ludzie w Czchowie jej powiedzieli, że może zrobić to tylko mój ojciec, bo nie jest aresztowany w kościele, więc musi przebywać w domu. Ukrainka przyszła do naszego domu i rozkazała, żeby ojciec zabił jej świnię i zrobił wyroby masarskie. Mama ponownie udała się po pomoc do niemieckiego lekarza, który wymógł na Ukraince obietnicę, że ona osobiście go zabierze i przyprowadzi z powrotem. Ojciec po wykonaniu pracy wrócił szczęśliwie do domu.

W tym czasie dowiedzieliśmy się, że zginął nasz znajomy kapitan Antoni Wyporek, który ukrywał się u pp.Skarżyńskich we dworze i o innych zabitych.

Po kilku dniach wszystko się uspokoiło i otrzymano zgodę od władz niemieckich na pochowanie zabitych na cmentarzu. Ponieważ mój ojciec posiadał konie, to on zajął się przewiezieniem ciał na cmentarz. Wraz z innymi mieszkańcami Czchowa pomagałem mu i uczestniczyłem w tym przykrym obowiązku.

Jan Rybicki

 

W 70. ROCZNICĘ TYCH WYDARZEŃ…

1 sierpnia 2014 roku podczas uroczystości obchodów 70-lecia pacyfikacji Czchowa oraz jak w całej Polsce wydarzeń 1944 roku i Powstania Warszawskiego, w Czchowie na rynku, w miejscu niegdyś istniejącej piwnicy pp. Rybickich, została odsłonięta tablica upamiętniająca opisane wyżej wydarzenia. Uroczystości rozpoczęła Msza św. z okolicznościowym kazaniem, nawiązującym do czasów dla Czchowa i całej Polski trudnych, wojny, bólu i rozpaczy, głodu i zabijania. Oby te czasy nigdy nie wróciły, a pamięć o tych, którzy wówczas zginęli, była nie tylko obowiązkiem mieszkańców tej Ziemi, ale i potrzebą, bo historia jest częścią, nieodłączną, naszej tożsamości.

Poczty sztandarowe oraz harcerze poprowadzili uczestników uroczystości do miejsc pamięci, gdzie zostały złożone kwiaty – pod kościołem przy tablicy, upamiętniającej powieszonych i więzionych w kościele podczas pamiętnej i tragicznej dla wielu rodzin i wszystkich ówczesnych mieszkańców Czchowa – pacyfikacji; pod obeliskiem, upamiętniającym ofiary II wojny światowej na górnym cmentarzu i na rynku, gdzie najpierw tablica, wmurowana poniżej podcieni została odsłonięta - na zaproszenie Burmistrza Czchowa wspólnie - przez przybyłych do Czchowa żyjących świadków tamtych wydarzeń, a następnie poświęcona. Wydarzenie wywołało duże poruszenie wśród zarówno zgromadzonych obecnych mieszkańców Czchowa, jak i przybyłych gości. Przywołało wspomnienia i przekazy najstarszych członków tej społeczności, o historii nie wolno zapominać, historia powinna nas uczyć, jak unikać błędów z przeszłości, co nabiera szczególnego znaczenia w obliczu ostatnich wydarzeń na Ukrainie i ich następstw, które również dotykają Polski. Pamięć o wydarzeniach, ludziach, którzy oddawali życie za wolną Polskę, powinna skłaniać do głębokiej refleksji, a na pewno do uświadomienia sobie, co my sami z tą naszą wolnością robimy, wolnością, której nie dane było dożyć tak wielu, również tym, których nazwiska zapisano na czarnej, kamiennej tablicy, odsłoniętej na czchowskim rynku.

Dobrze, że władze samorządowe, Burmistrz, Rada Dzielnicy Czchów „wykonały” taki gest w kierunku poszanowania naszej historii, zachowania pamięci, tożsamości, który pozostanie jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.

Na początku drugiej części uroczystości, przewidzianej na obrady Rady Dzielnicy Czchów, pojawili się wszyscy zebrani goście i mieszkańcy Czchowa. Zabrał głos Burmistrz Czchowa – powitał zebranych, podziękował za uczestnictwo we wspólnym uhonorowaniu 70. rocznicy pacyfikacji Czchowa, nawiązał do historycznego kontekstu wydarzeń z 1944 r. i podzielił się refleksją o wartości zachowywania pamięci, świętowania naszych lokalnych Jubileuszy, o przekazywaniu wiedzy historycznej obecnym i przyszłym pokoleniom. Następnie swoimi osobistymi wspomnieniami z pacyfikacji Czchowa, ciągle żywymi jak się okazało, gdyż opowiadanymi z dużym zaangażowaniem emocjonalnym, podzielił się pan Jan Rybicki z Czchowa. (Dlatego są one wstępem tego artykułu - przyp. red.)

Dzięki takim wydarzeniom, rocznicom, może lekcjom historii, honorowaniu miejsc pamięci - o pacyfikacji Czchowa czchowianie będą pamiętać.

Wydarzenie, jak się okazało, było okazją również do spotkania po latach, w gronie znajomych, przyjaciół, dawno nie widzianej rodziny, do wspomnień i refleksji, które niejednemu z nich wycisnęły łzy wzruszenia i pozostaną na długo w pamięci.

Red. Joanna Dębiec