Nasi partnerzy

  • Autokompleks
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • Jaśkowy Sad
  • image
  • image
  • image
  • image
  • Instal-mont

Fotoreportaże

  • Otwarcie Ośrodka Aktywności Społecznej w Leśniczówce w Czchowie na Trawnikach - fot. red. Joanna Dębiec
  • Wyjątkowo klimatyczny Festiwal Piosenki Turystycznej w Jaśkowym Sadzie w Czchowie - fot.red. Joanna Dębiec
  • Zajawki przedpremierowe kolejnej sztuki w realizacji Teatru Komedia z Krakowa w ramach projektu
  • Dni Czchowa - niedzielne atrakcje, akcja Biblioteki i koncerty  - fot.red. Joanna Dębiec
  • Dni Czchowa '2018 - sobota - fot. red. Joanna Dębiec
  • Archiwum

WSPOMNIENIA O ŚP. TADEUSZU WOJAKIEWICZU

Administrator.

W „Kronice Ochotniczej Straży Pożarnej w Czchowie do roku 2000” widnieje zapis:

 WSPOMNIENIA O ŚP. TADEUSZU WOJAKIEWICZU„Dnia 24 grudnia 1990 r. zmarł nagle w wieku 54 lat druh Tadeusz Wojakiewicz, długoletni druh i nieodżałowany komendant jednostki Czchów. Funkcję komendanta pełnił przez 28 lat, a komendanta gminnego przez 8 lat. Dzięki Jego staraniom został wybudowany Dom Strażaka, a jednostka otrzymała dwa wozy bojowe – beczkowozy. W czasie Jego komendantury w jednostce naszej dokonał się bardzo duży postęp pod względem wyszkolenia bojowego członków straży, wyposażenia bojowego oraz liczebności załogi.”

Ten zapis jest ostatnim, który dotyczył w tej Kronice Tadeusza Wojakiewicza, rodowitego czchowianina, który od końca lat 60. związany był ze strażą, ale przez całe życie z Czchowem, całą swoją energię, zdrowie, pracę i zaangażowanie, wkładał w działania dla dobra i rozwoju Czchowa i jego mieszkańców. Nie wolno o takich osobach – szczerych, porywających innych do działania, wyjątkowych – zapominać. Jak to ktoś powiedział, wspominając śp. Tadeusza Wojakiewicza: „Czchów mu wiele zawdzięcza, takiego człowieka już nie spotkasz. Wszystko by dał, ostatni grosz, honorowo, żeby tylko służyło dla Czchowa. Trzeba było, to był przy budowie szpitala w Brzesku, to znów ze strażakami remontował dach na kościele, to trzeba było pomóc przy kościółku św. Anny, to znów ogrodzenie, budowa remizy, fontanna… wiele by wymieniać. Umiał jak nikt skrzyknąć ludzi do pomocy i sam nie szczędził sił i czasu – bo tak trzeba było, bez zbędnego gadania.”

Tak też, bez jakiegoś specjalnego kalendarium, przygotowaliśmy wspomnienia o Nim – o Tadeuszu Wojakiewiczu z Czchowa, po prostu.

Redakcja

Grzegorz Nieć

„O LUDZIACH DOBRYCH NIE MÓW, ŻE UMIERAJĄ”...  moje wspomnienie o Tadeuszu Wojakiewiczu

Jest taki film czechosłowacki, znany zresztą i popularny nie tylko w Polsce, pt. Panienko, pali się! (Hoří má paneko!) w  reżyserii Milosza Formana. Rzecz dotyczy – ma się rozumieć – strażaków ochotników i rozgrywa się w remizie podczas hucznej zabawy. Galeria postaci przepyszna, perypetii co niemiara, jest i w końcu pożar. W ogólnym rozgardiaszu, w momencie kulminacyjnym całego szeregu niespodziewanych zdarzeń, które zaskakują organizatorów, dochodzi nas wycie syreny alarmowej. Słychać ją coraz wyraźniej, muzyka przestaje grać, strażacy uciszają wciąż tańczących uczestników zabawy, oko kamery koncentruje się na komendancie, który wyrasta nagle z tłumu. Na początku zaaferowany, później coraz bardziej skupiony – nasłuchuje. Kiedy już dźwięk syreny jest wyraźny i wypełnia całą przestrzeń, jego twarz wypogadza się, wpada w stan błogi i szczęśliwy. „Pali się!”, słowa te wypowiada kilka razy – ciepło i namiętnie, z nadzieją, niczym miłosne wyznanie...

         Lubię oglądać ten film, zdarza mi się to często. Zawsze, kiedy dochodzi do tej właśnie sceny, myślę o wujku Tadku – Tadeuszu Wojakiewiczu, wieloletnim komendancie Ochotniczej Straży Pożarnej w Czchowie. Komendancie, jaki może zdarzyć się tylko raz, niezastąpionym i niepowtarzalnym, o którym powiedzieć, że był wybitny, to jakby nic nie powiedzieć.

         Kochał straż ogniową miłością namiętną, żarliwą, niesłabnącą ani na chwilę. Wszyscy wiemy, że to głównie dzięki jego zaangażowaniu, ofiarności i przedsiębiorczości stanęła tak wspaniała remiza, a Czchów mógł się pochwalić nowym wozem bojowym, o jakim inne ochotnicze jednostki mogły tylko pomarzyć. W każdej chwili gotów był rzucić wszystko i biec do akcji. Druhowie, dosłownie, gotowi byli za nim iść w ogień. Pamiętam, jak kiedyś zaszedłem do wujka i zapytałem, co słychać, czy się gdzie nie pali. Odpowiedział krótko, mrużąc przy tym znacząco oko: Grzesiu, nie chce się palić... Ale kiedy już się paliło, albo zdarzały się jakieś klęski żywiołowe, był w działaniu niespożyty i gotów do największych poświęceń. Żona i córka na próżno, kiedy był już słaby i chory, starały się ograniczyć jego strażacką aktywność. Wiem, że gdy schowały mu jego bojowy mundur, to na niewiele się to zdało – na dźwięk syreny wybiegł z domu w piżamie. Zaiste niesprawiedliwy to los, który nie pozwolił mu doczekać chociażby tylko powodzi 1997 roku...

         Ale nie tylko straż była jego żywiołem, interesowało go wszystko, co działo się w około. Wiele spraw inicjował sam, wspierał ile mógł. Pamiętam, jak swego czasu występował nawet w przedstawieniu teatru amatorskiego przy parafii. Udzielał się także w samorządzie. Witał nowe czasy z nadzieją, u ich progu, niestety, odszedł od nas. Jestem przekonany, że i Czchów, i Małopolska, i Polska - byłyby z pewnością lepsze, gdyby taki człowiek uczestniczył w życiu publicznym w mijającym ćwierćwieczu. Wiem, że w swoich społecznikowskich pasjach był bezinteresowny i ideowy. Jego postawa jakże odbiegała od tego, co przedstawia nam współczesne życie publiczne, polityka.

         Podobnież w relacjach międzyludzkich – zawsze życzliwy i uczynny, czego sam wielokrotnie doświadczyłem. Lubił mnie i wspierał, dobrze to pamiętam. Byłem wtedy młody, szukałem dla siebie miejsca, bywało, błądziłem; temperament i „fantazja kawalerska” były przyczyną większych i mniejszych kłopotów, w jakie się pakowałem. Wujek przyszedł mi nieraz z pomocą, ratował z opresji. Ale był przy tym wyrozumiały, pełen poczucia humoru – robił to wszystko z serca, z wielką radością. Na moje sztubackie wybryki patrzył z uśmiechem, wierzył we mnie, dostrzegał – jak mi się wydaje – bliskiego sobie ducha; jakoś przyciągaliśmy się, nadawaliśmy na tych samych falach. Mam nadzieję, że go nie zawiodłem, że może byłby nawet ze mnie dumny. Należę do nielicznej grupy osób, którym jako stolarz zrobił coś innego niż trumnę. W czasach, kiedy o wszystko było ciężko, Wujek Tadek wykonał dla mnie biblioteczkę. Zwierzałem mu się z moich kłopotów i bezskutecznych usiłowań jej zakupu, widział leżące w domu zwały tomów poukładane na kupach. Odstawił wszystko na bok i w ciągu dnia czy dwóch spełnił moje marzenie – trzy wspaniałe regały stanęły wkrótce w moim pokoju. Mieszkam już gdzie indziej, mój księgozbiór urósł za ten czas kilkunastokrotnie chyba, mam już nowe półki, o które dzisiaj nie jest trudno, ale postarałem się, aby pozostał choć jeden z regałów wykonanych przez Wujka. Codziennie mi go przypomina.

         Uwielbiałem, jak się złościł i denerwował, bo temperament to On miał. Złorzeczył w sposób fenomenalny, pełen wdzięku. Przekleństwa, nawet te najgorsze, jeśli się pojawiły na jego ustach to – przynajmniej dla mnie – brzmiały jak muzyka, subtelnie i wdzięcznie. Był po prostu kochany!

         W tych kilku słowach trudno opowiedzieć wszystko, wiele rzeczy pewnie by się i nie nadawało do tak poważnego tytułu, jakim jest „Czas Czchowa”. Tadeusz Wojakiewicz był człowiekiem tak niesamowitym i niepowtarzalnym, że wciąż wydaje mi się, iż co dopiero go spotkałem, rozmawiałem z nim, a minęło już przecież ponad dwadzieścia lat od jego nieoczekiwanej i jakże przedwczesnej śmierci. Zawsze, gdy zbliżam się do jego domu, przekraczam próg, wydaje mi się, że nagle się pojawi, że zobaczę go siedzącego przy tym samym stole, że odchyli czytaną gazetę i powita mnie uśmiechem, że wypijemy razem kawę.

         Starożytny poeta napisał kiedyś – „O ludziach dobrych nie mów, że umierają”...

 

 

TADEUSZA WOJAKIEWICZA WSPOMINAJĄ CZCHOWSCY STRAŻACY

Augustyn Brzęk

Gdyby nie Tadek budynek remizy w Czchowie może by i powstał, ale na pewno dużo później i nie tak okazały. Dość własnego czasu, pieniędzy i zdrowia temu poświęcił. Owszem, wielu innych ludzi było w to także zaangażowanych, lecz to on był sprawcą i motorem całego przedsięwzięcia. Pamiętam jak pewnej niedzieli zorganizowany został czyn partyjny, podczas którego zaczęto robić wykopy pod budynek remizy – ówcześni działacze partyjni także chcieli mieć swój udział w budowie – jednak rozpoczęte w ten sposób wykopy, na wskutek ulewy, wkrótce się zawaliły, a całą robotę trzeba było rozpoczynać od nowa i znowu Tadek musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Nie ulega natomiast dyskusji fakt, że to On rozpoczął i przeprowadził rozbudowę czchowskiego wodociągu. Wielu ludzi jeszcze pamięta, jakie kłopoty miał Czchów z zaopatrzeniem w wodę i jak bardzo potrzebna była ta inicjatywa. To On wpadł na pomysł, aby pod pretekstem poprawy bezpieczeństwa przeciwpożarowego wybudować zbiorniki na wodę i sieć hydrantów. Aby jednak je napełnić, potrzebna była woda, której w Czchowie notorycznie brakowało. No więc doprowadzono przy okazji i wodę. Ile przy tym się najeździł, nazałatwiał, ile stracił – wiedział chyba tylko On sam. Bo oczywiście żadnych delegacji czy diet nigdy nie żądał. Fontanna na rynku to także Jego pomysł. Nawiasem mówiąc, żelazną misę do niej „podprowadzono” nieżyjącemu już kierownikowi ZDZ-tu Stanisławowi Wojtasowi, który jej brak zauważył dopiero wtedy, gdy zobaczył ją na czchowskiej fontannie. Dzisiaj możemy powiedzieć, że to było dość prymitywne urządzenie, woda po prostu przelewała się przez nią pod własnym ciśnieniem, ale była i działała, podczas gdy niejedno większe nawet miasto nie miało nawet takiej. Jak bardzo Tadek potrafił zarazić ludzi swoimi pomysłami, niech świadczy wspomniany już epizod z misą do fontanny – jak nas przekonał żebyśmy my, podwładni Stanisława Wojtasa i jednocześnie jego pracownicy, zabrali bez pytania materiał swemu przełożonemu – do dzisiaj nie wiem. Ten Jego entuzjazm do prac społecznych był wtedy szeroko znany, a co więcej - bardzo zaraźliwy. W dzisiejszych czasach wręcz nie do pomyślenia. W tamtym okresie więcej było zresztą Jego inicjatyw i pomysłów, które najpierw ze strażakami, a później w większym gronie, realizowano. Na przykład podwyższenie murów, okalających czchowski kościół kosztowało wiele Jego i strażaków wysiłku. Co ciekawe, ten tak pełen pomysłów i energii człowiek, nie cierpiał wręcz załatwiać spraw papierkowych. A że dokumentacji i to sporo, podczas tych wszystkich działań musiało być prowadzone, „zarażał” po prostu tą robotą różnych urzędników, którzy za darmo lub dosłownie za grosze ją wykonywali. Był to, jednym słowem, społecznik, jakiego naprawdę ze świecą gdzie indziej by nie znalazł, a w dzisiejszych czasach pewnie już wcale.

 

Stanisław Kozdrój

Nie inaczej było w straży. Jako komendant, dbał przede wszystkim o wyposażenie jednostki. Wiemy wszyscy jak trudno wtedy było dosłownie o cokolwiek. A to dzięki Jego staraniom otrzymaliśmy nowiutki samochód pożarniczy Star, który służy nam zresztą do dzisiaj. Znany był z porywczości i trzymania wśród strażaków dyscypliny. Nieraz, jako młodziutcy wtedy strażacy, musieliśmy wysłuchać solidnej reprymendy. Trzeba jednak przyznać, że zawsze było to uzasadnione. Był po prostu sprawiedliwy, a co ważne, nie żywił do nikogo zbyt długo urazy. Nie żałując czasu i pieniędzy jeździł do komendantów – powiatowego, czy wojewódzkiego – wówczas Zawodowej Straży Pożarnej - aby załatwić np. węże, czy motopompę. Znane było Jego powiedzenie: „trzeba by to było chłopy zrobić”, no i robiliśmy. Przy budowanej właśnie remizie, przy wodociągach i zbiornikach na wodę, fontannie, przy murach wokół kościoła, czy wymianie na nim dachu. Nie zdążył jednak zrealizować swojego kolejnego, wymarzonego dzieła – kaskadowego parkingu na przykościelnej łące.

Pozostawił w Czchowie po sobie dużo. Najważniejsze, o których już wspomnieliśmy, to remiza, wodociągi, czy fontanna. Praktycznie jednak nic, co wtedy działo się pozytywnego w Czchowie, nie działo się bez Niego.

 

Dziękujemy wszystkim, którzy zechcieli podzielić się wspomnieniami na łamach Czasu Czchowa oraz tym, którzy przyczynili się do powstania tego materiału. Dziękujemy za udostępnienie Kronik OSP i zdjęć archiwalnych. Mam nadzieję, że udało nam się OCALIĆ wspomnienia o Tadeuszu Wojakiewiczu OD ZAPOMNIENIA…

Red. Joanna Dębiec